Wiem jedno, po dłuższej przerwie ten post będzie nieco inny niż zwykle. Może bardziej prywatny, ale po stracie Mamy trudno nie nawiązać do miejsca i zakładu mleczarskiego, gdzie przez blisko trzy dekady pełniła funkcję kierownika, a moje dzieciństwo nierozerwalnie łączyło się przecież z jej pracą i tym właśnie miejscem.
Z funkcjonowania zakładu zapamiętałem przede wszystkim produkcję serków fromage. W Izbicy produkowano serki o smaku pieprzowym, jarzynowym i paprykowym. Nierzadko uczestniczyłem w tym procesie. Do dziś kojarzę wielkie, 20-kilogramowe bloki masła krojone na mniejsze kawałki, wrzucane następnie wraz z twarogiem i innymi składnikami do sporej wielkości okrągłego mieszadła. Serki ważyło się ręcznie. Należało odmierzyć, zdaje się 125 gramów, albowiem tyle przysmaku miało mieścić się w jednym opakowaniu. Doskonale pamiętam, jak pytałem Mamę o smak serka, jaki będzie produkowany na danej zmianie. Byłem wielkim fanem wariantu pieprzowego, co zresztą zostało mi do teraz, choć tak idealnego smaku, jak ten z izbickich zakładów, nie odnalazłem już u żadnego innego producenta. Powodem bynajmniej nie jest tylko moja nostalgia za smakiem z dzieciństwa, wystarczy spojrzeć dziś na składy serków podobnego typu. Prawdziwego masła próżno tam szukać, obecnie dodawana jest co najwyżej śmietanka, a to przecież nie to samo, co "czyste masło".
W magazynie za naszym domem leżały zwoje naklejek na opakowania serków. Niestety, podczas przejmowania produkcji przez KeSeM we Włocławku ani Mama, ani ja nie pomyśleliśmy, by zabezpieczyć kilka sztuk na pamiątkę. Wszystko przepadło.
Produkcję serków zakończono w pierwszej połowie lat 90., przenosząc ją do Włocławka, który zresztą po jakimś czasie całkowicie z nich zrezygnował. Pamiętam też pełne skupienie i zdenerwowanie Mamy, gdy przyjeżdżali Holendrzy po hurtowe zakupy sproszkowanej kazeiny.
Z kolei przed punktem skupu mleka wisiała tajemnicza gablota z wynikami badań surowca dostarczanego przez rolników. Jeśli mnie pamięć nie myli, chodziło o jego czystość i zawartość tłuszczu. Próbki miały okrągłe bibułki, na których widać było ewentualne "paprochy" i inne zabrudzenia. Niedaleko gabloty wisiała syrena pożarowa. Zawsze mnie korciło, by rozkręcić ją na maksa, ale Mama była czujna, nie pozwalała na to lub w porę przerywała moje zamiary.
Po zakończeniu produkcji serków Kujawska Spółdzielnia Mleczarska (KeSeM) wywiozła maszyny do Włocławka, ale punkt skupu mleka działał jeszcze dobrych kilka lat. Na szczęście pojawiła się idea założenia sklepu spożywczego, najpierw w małym pomieszczeniu przy bramie wjazdowej, a następnie w dawnym biurze Mamy. Sklep cieszył się dużym powodzeniem. Kiedyś zapytałem Mamę, co powoduje, że ten sklep, pomimo dość skromnego zaopatrzenia, ciągle przyciąga ludzi. Odpowiedź była jedna: „Błażej, staramy się utrzymać niskie marże, by ludzie nie przepłacali”.
Doskonale pamiętam denominację. Mama na początku miała problem z przestawieniem się ze starych złotych na nowe. Zaczęliśmy to razem ćwiczyć, aż każde z nas potrafiło szybko w głowie zamieniać ceny.
Rozwój marketów na terenie miasta, jak i chęć sprzedaży nieruchomości po mleczarni przez KeSeM, doprowadziły ostatecznie do zamknięcia sklepu, a budynek mleczarni wyburzono w 2009 roku. Paradoksalnie, w jej miejscu wybudowano "Twój Market" i Izbiczanie nadal odwiedzają niemal to samo miejsce, by zrobić zakupy, choć to oczywiście nie ma już absolutnie żadnego związku z dawną działalnością zakładu.
Mieszkałem z Mamą w domu za mleczarnią, z reguły to ja odpowiadałem za zapalanie wieczorem oświetlenia terenu wokół mleczarni. Wokół zakładu był całkiem spory plac. Jego nawierzchnia była wykonana z trylinki, której nazwa pochodziła od jej polskiego wynalazcy, Władysława Trylińskiego, który opatentował ją w okresie międzywojennym. Uwielbiałem jeździć szybko dookoła budynku na rowerze, można rzec, że było to moje własne wydanie „żużla na trylince”. Dziś już nie da się okrążyć marketu.
Sam zakład robił na mnie duże wrażenie, zwłaszcza laboratorium z wirówkami i wszelkiej maści probówkami, a także duże zbiorniki w punkcie skupu oraz na hali produkcyjnej. Byłem zaskoczony szybkością działania podpuszczki, której kilka łyżeczek potrafiło w niedługim czasie ściąć kilkaset litrów mleka (jak nie więcej). Imponujące były też pralnia i kotłownia. Zdarzało mi się nierzadko wymknąć niepostrzeżenie do tej ostatniej i w rękawicach wkładać znalezione stalowe pręty prosto przez uchylone drzwiczki do pieca. Gdy rozgrzewały się do czerwoności, gasiłem je w wiadrze z wodą. Nie było to mądre i tak, kilka razy oberwało mi się za to, ale jakie dziecko nie eksperymentuje? Był też amoniak, który służył jako czynnik chłodniczy, jego specyficzny zapach byłbym w stanie rozpoznać do dziś. Mama ostrzegała, bym trzymał się od niego z daleka, bo jego wdychanie jest bardzo niebezpieczne. Ciekawość jednak wygrywała, choć strach powodował, że nachylałem się nad nim najwyżej na ułamek sekundy. Z urządzeń na zewnątrz największe wrażenie robił skraplacz, powiązany z systemem chłodzenia. Ten ostatni działał jak trzeba, bo w chłodni z powodu zimna ciężko było wytrzymać dłuższą chwilę.
Z pewnością nieco starsi czytelnicy Izbica Kujawska Online pamiętają jeszcze naszego psa, doga niemieckiego, Herę, która była nie tylko wspaniałym zwierzakiem, ale i budziła respekt wśród mieszkańców miasteczka. Jakoś nikomu nie przyszło do głowy próbować wtargnąć na teren mleczarni ze świadomością, jakiej postury pies jej pilnuje. Nie wiem, czy Hera była jedynym dogiem niemieckim w Izbicy, ale z pewnością była rozpoznawalna. Oj, nierzadko pędząc na przywitanie, gdy wracałem ze szkoły, powalała mnie z radości na trawę lub beton. Trzeba było być czujnym i zawczasu przewidywać jej entuzjazm.
Dziś w domu za mleczarnią mieszkają już inni ludzie, ale sentyment do tego miejsca będę miał na zawsze. Już na zawsze będzie mi się ono kojarzyć ze śp. Mamą i dzieciństwem. A pisząc o ludziach, nie sposób nie wspomnieć o osobach, z którymi Mama przez lata współpracowała: p. Ela, p. Wojtek, p. Justyna, p. Janek, p. Krzysiu, p. Jola(?). Z pewnością po trzydziestu latach wiele osób nieświadomie pominąłem, z góry za to przepraszam.
Na koniec chciałbym wspomnieć o załączonych fotografiach. Pierwsza przedstawia widok na punkt skupu mleka, druga zaś utrwaliła fragment tylnej części mleczarni u schyłku jej funkcjonowania (obie pochodzą z 1994 roku). Zdjęcie nr 3 to dom za mleczarnią w 1987 roku (mały człowiek w oddali, to ja), na zdjęciu nr 4 moja śp. Mama z Herą przy wierzbie między mleczarnią a domem. Pamiętam, że wykonałem je w 1990 roku radzieckim, kompaktowym aparatem marki Kiev. Ostatnie zdjęcie, nr 5, to widok na chłodnię/magazyn zewnętrzny i pierwszą lokalizację sklepu spożywczego. W komentarzu zamieszczam również link do zdjęć z rozbiórki mleczarni, jaki zamieściłem w czerwcu ubiegłego roku.
Chciałem się z Państwem podzielić moimi wspomnieniami. Proszę o wyrozumiałość za odrobinę bardziej prywatny charakter postu, to dla mnie naprawdę niełatwy czas.
Miłego przeglądania.
BŁAŻEJ NOWICKI
[Punkt skupu mleka w 1994 roku] [Fragment tylnej części mleczarni w 1994 roku] [Dom za mleczarnią w 1987 roku (mały człowiek w oddali to ja)] [Dorota Nowicka, moja Mama z Herą między mleczarnią a domem w 1990 roku] [Widok na chłodnię/magazyn zewnętrzny i pierwszą lokalizację sklepu w 1994 roku]
[Skomentuj na Facebooku]
|