Tak to już jest, że jedne pokolenia przemijają, by zrobić miejsce następnym. Podobnie jest z różnego rodzaju zawodami. Te które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były bardzo popularne (np. szewstwo) nierzadko są już teraz w fazie zaniku. Jednocześnie szacuje się, że około 10-30% obecnej siły roboczej może w przyszłości pracować w zawodach, które obecnie nie są jeszcze znane, a ich kształtowanie będzie napędzane przez rozwój nowych technologii.
Oczywiście nadal istnieją pewne rzemiosła, które z upływem czasu nie tracą na znaczeniu. Coraz bardziej proekologiczne myślenie społeczeństw daje niemal "drugie życie" produktom wytwarzanym naturalnie. Jednym z nich jest miód i związana z nim branża pszczelarska. I to właśnie pszczelarstwu chciałbym poświęcić dzisiejszy tekst. Nie był on przeze planowany, a impulsem do jego napisania było odnalezienie i jednocześnie zakup na jednej z platform sprzedażowych koperty, będącej pozostałością po liście wysłanym w 1943 roku z Izbicy Kujawskiej.
Co przykuło w niej moją uwagę? Zarówno nadawca listu, którym był niejaki Edmund Schultz, wszystko wskazuje na to, że był on pracownikiem Gemeindeamt (Urzędu Gminy), jak i adresat, którym było wydawnictwo gazety "Leipziger Bienenzeitung", cieszącej się dużą popularnością gazety branżowej wśród pszczelarzy. Właściwie nie dysponujemy jakąkolwiek listą pracowników gminnego urzędu w okresie okupacji, pracownicy administracji okupanta w styczniu 1945 roku zadbali o zniszczenie większości wytworzonych przez nich akt. Można przypuszczać, że Schultz odpowiadał za kwestie prenumeraty tego czasopisma dla urzędu lub był on pośrednikiem w realizowaniu zamówień dla odbiorców indywidualnych. Już wówczas powszechna była praktyka oferowania niższych ceny za egzemplarz gazety przy zakupie większej ilości sztuk. Sam list nie zachował się, więc przedmiot sprawy z listu pozostanie w sferze domysłów.
Na terenie gminy Izbica Kujawska istniało przed II wojną, jak i w okresie okupacji wiele pasiek. Chyba najbardziej rozpoznawalną miejscowością z dużą ilością osób trudniących się pszczelarstwem była oczywiście wieś Pasieka, jak zresztą sama jej nazwa wskazuje (w okresie okupacji do 1943 roku jako Bienenau, czyli dosłownie tłumacząc "pszczeli zakątek"). W Izbicy w 1938 roku zorganizowano nawet dwudniowy kurs doszkalający dla pszczelarzy, który przeprowadził delegat Wielkopolskiego Związku Pszczelarzy w Poznaniu. Miał on zresztą swój oddział w Izbicy, którego praca była dobrze oceniana przez działaczy z Poznania.
Niestety nie dysponuje przedwojennymi lub okupacyjnymi wspomnieniami pszczelarzy z Pasieki lub innej miejscowości z terenu gminy Izbica. Jednak w 1996 roku w pierwszym tomie serii "Deutsche Dörfer im Kreis Lipno, Dobriner Land (Polen)" wydanym przez nieżyjącą już Elfriede Eichelkraut, cenionej pod względem faktograficznym i jednocześnie bardzo niszowej (według katalogów online żadnego polska biblioteka nie ma tej serii w swoich zbiorach) ukazały się obszerne wspomnienia Hilmara Pubantza, syna Ludwiga Pubantza z Sarnowa. Ten ostatni był zapalonym pszczelarzem, a Hilmar pomagał ojcu i aktywnie uczestniczył w hodowli pszczół.
Być może pomyślą Państwo, co ma wspólnego Sarnowo z gminą Izbica? Pubantzowie byli ewangelikami, a Sarnowo należało wówczas pod względem administracyjnym do izbickiej parafii ewangelicko-augsburskiej. Ich ule typu warszawskiego były produkowane przez izbickiego stolarza. Myślę, że to wystarczające powody, by zapoznać się ze fragmentem wspomnień Hilmara Pubantza dotyczącymi hodowli pszczół. Niestety jego ojciec zostanie w marcu 1945 roku zamordowany przez Polaków w obozie dla ludności niemieckiej w Lubrańcu, ale to już temat na inny artykuł, z pewnością trudny, gdyż działy się w tym obozie rzeczy straszne.
Powracając do głównego tematu, można zadać pytanie: czy produkcja miodu bardzo się zmieniła z upływem dziesiątek lat od opisywanych wydarzeń? Z mojej perspektywy, a więc "pszczelarskiego laika" wydaje się, że nie. Komentarze fachowców oczywiście bardzo mile widziane.
Do tekstu załączam skany: wspomnianej koperty, winiety "Leipziger Bienenzeitung", dwa rarytasy z pozycji Elfriede Eichelkraut, mianowicie mapę Sarnowa z 1939 roku z pełnym opisem poszczególnych gospodarstw i zdjęcie rodziny Pubantz oraz fragment artykułu z "Wielkopolanina", który udostępnił p. Konrad Kołodziejski. Poniżej treść "pszczelich" wspomnień Hilmara Pubantza, miłej lektury.
BŁAŻEJ NOWICKI
HILMAR PUBANTZ - "Hodowla pszczół - pszczelarstwo"
Dodatkowym zajęciem niektórych rolników w Sarnowie i okolicach była hodowla pszczół - pszczelarstwo. W Sarnowie tylko mój ojciec, Ludwig Pubantz, zajmował się pszczelarstwem. Przed 1939 rokiem miał około 40 uli. Moje dzieciństwo było związane z gospodarstwem, sadami i pszczołami. Najbardziej nieprzyjemnym przeżyciem, jakie pamiętam z najwcześniejszych lat, było użądlenie przez pszczołę w czubek nosa. Jednak rekompensatą za to był słodki miód. W dzieciństwie prawie nie znaliśmy czekolady. Miód zastępował nam wszelkie słodycze. Mój ojciec był pszczelarzem z pasji. Smucił się, gdy jakaś pszczoła padła. Aby pszczoły przynosiły dużo i dobrego miodu, trzeba było wiele dla nich zrobić. To było wyjątkowe zajęcie, które trzeba było kochać. Jako dziecko starałem się uczestniczyć w każdej czynności przy pszczołach i pomagać.
Każda pszczela rodzina „mieszkała” w ulach. Te ule, tzw. typu warszawskiego, miały kształt prostokątny i były zbudowane z drewnianych, podwójnych ścian. Dach, podobnie jak dach domu, był pokryty papą. Ule te były wyprodukowane przez stolarza z Izbicy. Dach można było unieść do góry, co umożliwiało dostęp do wnętrza ula. W środku wisiało około 10 ramek z plastrami. Pszczoły pracowały między tymi plastrami oraz wokół nich. Rodzina pszczela składała się z królowej, niewielkiej liczby trutni i bardzo dużej liczby pszczół-robotnic. Wyjście dla pszczół znajdowało się na dole ula. W ciepłe dni wiosną i latem pszczoły robotnice zbierały nektar z kwiatów w ogrodach i na polach w okolicy, przerabiały go na miód i składały w sześciokątnych komórkach plastrów, które wcześniej same zbudowały. Gdy komórki się zapełniały, pszczoły zaklejały je woskiem. W okolicy było wystarczająco dużo nektaru, więc nie trzeba było wywozić uli. Dodatkowo obsiewano kawałek pola roślinami bogatymi w nektar.
Na początku lipca, jeszcze przed głównym sezonem zbiorów, rozpoczynały się u nas zbiory miodu. Wymagało to wcześniej pewnych przygotowań. Zbiory te przeprowadzano w gorące, suche dni. Ponieważ w takie dni pszczoły były bardzo aktywne, trzeba było nosić na głowie siatkę ochronną, aby chronić się przed użądleniami. Otwierano ul (dach) od góry i kolejno sprawdzano wszystkie ramki z plastrami. Gdy były wypełnione w połowie lub w 75%, wyciągano ramkę, delikatnie zmiatano pszczoły i przenoszono je do pomieszczenia gospodarczego. Tam otwierano plastry specjalnym widelcem, a następnie umieszczano cztery takie ramki z miodem w miodarce i odwirowywano. Na dolnym brzegu miodarki znajdował się otwór, przez który miód spływał do podstawionego wiadra. Te odwirowane z obu stron ramki z plastrami ponownie wkładano do uli. Czasami zdarzało się, że plaster miodu odrywał się od ramki i nie dało się go odwirować. Taki plaster miodu był prawdziwym przysmakiem. Odcinało się małe kawałki, brało do ust i wyciskało zębami miód, tak jak teraz dzieci żują gumę do żucia. Do tego doskonale pasowała szklanka zimnego mleka. Odwirowany miód natychmiast przesiewano przez sitko do innych pojemników, aby oddzielić resztki wosku.
Z czasem pszczoły stawały się coraz bardziej zagniewane i agresywne, ponieważ odbierano im zapasy żywności, które zgromadziły na zimę. Za ten „skradziony” im miód, jesienią podawano im pokarm zastępczy, czyli syrop z cukru, ponieważ pszczoły nie były już w stanie zebrać wystarczającej ilości nektaru. Każdy ul otrzymywał wtedy szklany pojemnik z syropem, który miał specjalne metalowe zamknięcie. Kiedy pojemnik odwracało się otworem do dołu, wypływała z niego tylko taka ilość syropu, jaką pszczoły mogły pobrać swoim trąbkami, jakby z poidła. Gdy rój szybko opróżniał pojemnik, wymieniano go na pełny. W ten sposób pszczoły otrzymywały pokarm i mogły przetrwać zimę. Cały rój, mieszkający pomiędzy ramkami, na zimę był ze wszystkich stron owijany matami słomianymi, aby chronić go przed mrozem. W wolnym zimowym czasie oczyszczano puste ramki. Jeśli plastry były już zbyt stare, usuwano je i przymocowywano nowe podstawy plastrów do metalowych drutów w ramkach. Te podstawy plastrów to były cienkie woskowe płytki z już wytłoczonymi sześciokątnymi wzorami. Na nich pszczoły samodzielnie budowały plastry. Ule nie stały razem, lecz były ustawiane pojedynczo w sadzie, pod jabłoniami. Wadą dla nas, dzieci, było to, że w słoneczne dni nie mogliśmy dostać się do rosnących między nimi truskawek i porzeczek. Owoce trzeba było zbierać wcześnie rano.
[Koperta listu nadanego w 1943 roku przez Edmunda Schultza, pracownika Gemeindeamt w Mühlental/Izbica] [Winieta gazety 'Leipziger-Bienenzeitung'] [Rodzina Pubantz mieszkająca w Sarnowie w 1943 roku] [Sarnowo w 1939 roku (opis po kliknięciu na plan)] [Artykuł na temat kursu pszczelarskiego w Izbicy]
[Skomentuj na Facebooku]
|