Stojący za mną luzak krzyczał, gdzie mam skręcać, a ja w czasie jazdy musiałem koncentrować się na koniach, nie drodze - wspomina Przemysław Gaj. - Udało się ! Zdobyliśmy tytuł drugiego wicemistrza Polski.
Jeden lubi jazdę rowerem, inny szaleje po bezdrożach samochodem, a Marcin Pogorzelski, właściciel tartaku, kocha konie. Swoją pasją zaraża także innych. We wsi Gaj pod Izbicą Kujawską ma własną stajnie - Jeśli prowadzi się biznes, to nie można cały czas tym żyć - twierdzi. - w weekendy staram się zostawiać problemy zawodowe za sobą. Trzeba odpocząć. Jeździmy wtedy konno, to rodzinna tradycja. Mój ojciec już przed wojną miał konie.
DOŚĆ PRZEJAŻDŻEK!
Choć prywatna stajnia nie jest klubem, to również pracownicy tartaku mogą tam jeździć. Właściciel umożliwia im sportową jazdę powozami. Gdy są jakieś uroczystości, wtedy w galowych strojach przejeżdżają bryczkami po ulicach Izbicy, Włocławka i innych miejscowości. Tego było jednak za mało. Przyszedł czas i ochota, aby zmierzyć się z innymi. Dobre, sportowe konie nie powinny być wykorzystywane jedynie do turystycznych i pokazowych przejażdżek. - Startowaliśmy w mniejszej rangi zawodach, ale w tym roku po raz pierwszy postanowiliśmy wziąć udział w mistrzostwach Polski - mówi Marcin Pogorzelski. - Odbyły się w Myślęcinku pod Bydgoszczą. Zgłosiło się ponad sześćdziesiąt ekip. Przeciwnikami byli zawodnicy z ogromnym doświadczeniem. Nasi, to młodzi ludzie wiekiem i stażem. Chłopaki nie bali się, nie mieli kompleksów. Poszli na całość i zdobyli tytuł drugiego wicemistrza w powożeniu zaprzęgami. Dla wszystkich było to ogromne zaskoczenie. - Wcześniej trochę jeździłem jako luzak, ale gdy odszedł powożący, to nie było wyjścia, chwyciłem za lejce i udało się - podkreśla z zadowoleniem Przemysław Gaj. - To były moje pierwsze zawody tak wysokiej rangi. Przed startem obejrzałem tor, dopytywałem innych, bardziej doświadczonych zawodników. Wielu dobrych rad udzielił nam Jacek Soborski, utytułowany zawodnik i prezes Kujawsko-Pomorskiego Związku Hodowców Koni. Ale w czasie crossu to ja powoziłem. Konie ostro galopowały po górkach i między drzewami, momentami miałem strach w oczach. Na szczęście byłem z dobrym luzakiem. Połowa sukcesu, to jego zasługa. Darek Jagodziński stojąc za mną mówił, a właściwie krzyczał gdzie mam skręcać, bo w czasie takiej jazdy musiałem koncentrować się na koniach, a nie drodze.
DOBRY SEZON SIĘ KOŃCZY
Tegoroczny sezon już się kończy. Sukces sprawił, że zarówno właściciel, jak i zawodnicy będą przygotowywali się do kolejnych zawodów. Do tegorocznych przygotowywali się od wiosny. - Trzeba nauczyć konie, aby dokładnie wypełniały polecenia, swobodnie poruszały się w ciasnych zakrętach - mówi Andrzej Grabowski, trener, który końmi zajmuje się od 32 lat. - One reagują głównie na głos, muszą być doskonale zgrane z powożącym. To decyduje o szybkości przejazdu trasy.
Wszyscy są przekonani, że zarówno konie, jak i powożący oraz luzak mają szanse na kolejne sukcesy.
ANDRZEJ GALCZAK
źródło: Gazeta Pomorska z dnia 4 listopada 2011 roku.
|