Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Rafałem Wojasińskim [zobacz sylwetkę], która ukazała się drukiem w dzisiejszym wydaniu "Rzeczpospolitej".
OPOWIADANIA Z NIEDOBORU INFORMACJI
By pisać, muszę poznać świat, a najlepiej poznaję go poprzez spotkania z innymi. Za każdym moim opowiadaniem kryje się konkretny człowiek.
Rz: Po opublikowaniu dwóch nowel, "Przyjemności życia" i "Humusu", wrócił pan do krótkich form. Dlaczego?
Rafał Wojasiński: W ten sposób łatwiej mi odreagować rzeczywistość. Tytułowy tekst z planowanego na jesień zbioru "Piękno świata" ma wprawdzie kilkadziesiąt stron, bo raz na jakiś czas potrzeba głębszego oddechu, ale pozostałe opowiadania są wyraźnie krótsze. Taka zwarta forma oddaje dynamizm zdarzeń, pozwala naszkicować człowieka kilkoma pociągnięciami pióra, wskazać konkretny walor świata.
Powrócił pan do dawnych bohaterów, ludzi egzystujących poza głównym nurtem życia. Często brutalnych, prostych, ale też głodnych wiary. Niebojących się pytań o sprawy podstawowe.
W nowej książce postanowiłem skonfrontować wszystko, co, jak mi się wydało, jest w mojej prozie najciekawsze. Tom opiera się więc na kontrastach. "Piękno świata", w pewnym sensie kontynuacja "Przyjemności życia", jest współczesną historią wielkomiejską. To także przypowieść traktująca o próbach odgadnięcia swego przeznaczenia. Pracując nad tą prozą, pamiętałem o słowach Hemingwaya: "Pierwszy sukces człowiek osiąga, gdy pojmuje, do czego się urodził". Oczywiście, zdobycie tej wiedzy wyznacza dopiero początek niełatwej drogi. Tekst zestawiłem z opowiadaniami, które mogłyby się znaleźć w debiutanckim "Złodzieju ryb". Okazuje się, że potrzeba ich pisania z czasem nie wygasła. Wciąż się zdarza, że świat przypiera mnie do muru. Muszę się jakoś bronić i wtedy piszę krótką prozę.
Jak powstaje opowiadanie?
Z niedoboru informacji. O człowieku, którego chcę sportretować, nie mogę wiedzieć zbyt wiele. Inaczej mnie nie zafascynuje. A moją ciekawość budzi detal - widzę, jak ktoś pracuje, je, jak okazuje strach. I potem bronię się, by nie poznać niczego więcej. Potrzebuję przestrzeni dla wyobraźni, dla doświadczenia, empatii. Odkąd pamiętam, nie miałem kłopotu, by wczuć się w położenie drugiego człowieka. Ważnym impulsem pisarskim jest niezgoda na poniżenie człowieka, upokorzenie go przez bliźniego. Pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie opowieść Ryszarda Kapuścińskiego o jednym z jego pierwszych reportaży. Poświęcił go Nowej Hucie, gdzie zobaczył autentyczną nędzę. Zrozumiał, że trzeba się z tym zmierzyć.
Czy wierzy pan w literaturę tworzoną bez doświadczenia?
Nie potrzebuję jej. By pisać, muszę poznać świat, a najlepiej poznaję go poprzez spotkania z innymi. Za każdym moim opowiadaniem kryje się konkretny człowiek.
Czy łatwo stać się producentem literatury?
Tak. To bardzo niebezpieczne. Wielu autorów nabiera nawyku pisania. I można im udzielić tylko jednej rady - swoją drogą, po raz pierwszy dał ją Gorki Bablowi, który akurat zaczął zarzucać go prozą: "Przestań pisać. Idź żyć!". Zyskuję dystans do pisania dzięki pracy w szkole, spotkaniom ze studentami. W ten sposób odrywam się od biurka, przestaję myśleć o następnym tekście. I jeżeli przez dwa, trzy tygodnie żyję w świecie nie jako łowca tematów, ale obywatel, kumpel czy nauczyciel, to potem wracam z bagażem doświadczeń i spostrzeżeń, które można pięknie spożytkować. Tworzenie literatury naprawdę nie polega tylko na pisaniu i wydawaniu książek. Głęboko wierzę, że to także sposób na życie.
rozmawiał: BARTOSZ MARZEC
źródło: www.rzeczpospolita.pl
|