Panorama, nr 47/1988, Katowice, ss. 3 i 10-11 (przedruk) Kazimierz Targosz WSZYSTKIE WARIANTY ŻYCIA
 | Na wzgórzu Kirchol nad miastem stały wiatraki, poniżej był żydowski cmentarz. Dziś rośnie tu tylko jedna samotna sosna. Było to ulubione miejsce profesora, na które często wracał (zdjęcie: Stanisław Gadomski) |
Jeśli się rzuca ziarno w glebę to oczywiście pięknego drzewa można się spodziewać za 50 lat, ale kiełki muszą być widoczne już po paru tygodniach. A u nas wiele rzeczy w ogóle nie kiełkuje.
Dla profesora Mikołaja Kozakiewicza prawdziwe strony rodzinne to Wilno, które odwiedził w ubiegłym roku po 40 latach. Był tym mieście zaledwie 8 godzin, a mimo tak długiej nieobecności chodził po Wilnie "jak po sznurku", nieomylnie rozpoznając domy, ulice, z wyjątkiem własnego domu, którego już nie ma. "Chodzenie po wielu latach po miejscach rodzinnych to jak odkrywanie klapek w mózgu, rzeczy zapomnianych, które wracają, ożywają. To dziwne uczucie, z trudem rozpoznaję dane miejsce, ale kiedy dochodzę do narożnika wiem co będzie dalej".
Kiedy zaproponowałem profesorowi wypad w jakieś bliższe strony rodzinne, bez namysłu wybrał... Izbicę Kujawską, małą miejscowość położoną 200 km od Warszawy w kierunku Włocławka. Spędził tu 6 lat w okresie między 1945 a 1951 i nie ma wątpliwości, że to miejsce jest dla niego równie ważne jak strony rodzinne.
Jesteśmy więc w Izbicy, profesor prowadzi nas śladami swojej tu obecności przed blisko 40 laty, ale zanim poznamy te miejsca, ludzi którzy z nim pracowali lub pamiętają go z opowiadań starszych czy z TV lub rzadkich tu przyjazdów - nie mogę oprzeć się pytaniu: dlaczego zgodził się na ten wyjazd? Profesor ma mnóstwo pracy, która zmusza go do siedzenia w Warszawie. Jest człowiekiem na tyle popularnym, że dodatkowego "nagłośnienia" nie potrzebuje, a zatem dlaczego?
- Chcę przez wasz reportaż "nagłośnić" Izbicę. To poczucie pewnego długu jaki mam wobec tej miejscowości. Ta mała mieścina - jak zdążył się pan zorientować - niewiele skorzystała z dobrodziejstw Polski Ludowej. To co mogą pokazać to są rzeczy z ostatnich lat: nowe domy mieszkalne, albo budowana właśnie oczyszczalnia ścieków, o której z dumą mówią. Ale już poczty nie mogą wybudować, a ja staram się im pomóc ruszyć z jej budową. To samo z gazem, którego rurociąg przechodzi tuż obok, a izbiczanie nie mogą z niego korzystać. Każda okazja kiedy mogę publicznie powiedzieć o Izbicy jest dla mnie ważna. Zjawiłem się tu w 1945 z plecakiem na ramieniu i pani Trębacka, której sklep jeszcze istnieje, dała mi na bardzo długie spłaty materiał na ubranie, a mistrz krawiecki Zacharek, który już nie żyje, uszył mi za pół darmo garnitur, żeby - jak tu mówią - "pan profesor nie chodził jak dziad". Ten dług wdzięczności mam do Izbicy i ludzi z którymi tu pracowałem - większość już niestety wymarła albo wyjechała - nie tylko za to, że mnie tu otoczyli życzliwością i opieką, ale głównie dlatego, że właściwie wszystkiego najważniejszego w zakresie wychowania, rozumienia młodzieży nauczyłem się tutaj. Tutaj poznałem tę rzeczywistość prowincjonalną, która w moim doświadczeniu życiowym nie występowała, ja byłem z dużego miasta. Po raz pierwszy zetknąłem się z młodzieżą wiejską, małomiasteczkową. Tu nauczyłem się rozumieć i cenić chłopów, których walorów wciąż nie doceniamy. Nie doceniamy ich niezmiennie godnej podziwu pracowitości, konkretności, odporności psychicznej na stresy, trzeźwości sądu i wolnego od deklamatorstwa patriotyzmu. Izbica jest mała, więc znałem tutaj prawie wszystkich rodziców i oni wszyscy mnie znali. To główna przyczyna, dla której zdecydowałem się tu przyjechać, umożliwić wam ten reportaż nie o mnie, ale o Izbicy, a wiem że beze mnie "Panorama" by tu nie przyjechała.
 | | Izbica Kujawska rozrasta się na obrzeża. Centrum miasteczka, schludne lecz senne, zachowało swój charakter sprzed dziesiątków lat. |
Zjawił się tu jako repatriant z Wilna przypadkowo, tylko dlatego, że kolega miał tu stryja - docenta prawa z Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, Seweryna Wysłoucha. Najpierw rozpoczął pracę jako nauczyciel we wsi Topólka, potem przeniósł się do Izbicy, gdzie powstało prywatne gimnazjum zorganizowane przez Samopomoc Chłopską, do którego chłopi ściągnęli właśnie docenta Wysłoucha i wielu innych, świetnych nauczycieli. Młody Kozakiewicz - mając tylko maturę - uczył historii, nauki o Polsce i świecie współczesnym, propedeutyki filozofii. W piątym roku pracy został dyrektorem liceum, którego założycielem był Leon Antczak, szef ruchu ludowego, prezes spółdzielni. To on angażował nauczycieli: dbał o to, by działo im się dobrze. Nic więc dziwnego, że pierwsze kroki w naszej wędrówce po Izbicy kierujemy właśnie do pana Leona Antczaka, dziś już 83-letniego staruszka, który wita nas na progu swojego gospodarstwa i na widok profesora Kozakiewicza woła z uniesionymi rękami: "Patrzcie ino, nasz Kozakiewicz". Padają sobie w objęcia.
- To był prawdziwy przyjaciel młodych - mówi pan Leon - jak oni go kochali. Wiedzieli za co bo robił dla nich bardzo dużo. Organizował harcerstwo, zespoły ludowe, traktował ich jak młodszych kolegów. Zresztą niektórzy uczniowie byli wiekiem starsi od niego. A wszystko właściwie za darmo. Czasem ktoś przyniósł jajko, mleko. Na początku kiedy jeszcze nie było pensji utrzymywaliśmy nauczycieli z tego, że znajomy młynarz przekazywał z rozkurzu po 2 kg mąki na każdego nauczyciela. Kiedy pierwsze pensje państwowe okazały się niewystarczające do życia, członkowie spółdzielni zrzekli się dywidend na rzecz gimnazjum i w ten sposób rodzice nielegalnie płacili nauczycielom drugą pensję. To było przestępstwo, ale dziś możemy już o tym mówić, bo sprawa uległa przedawnieniu.
Z całą pewnością nie przedawniła się, choć jest już rzadkością, wartość takiej postawy, która mimo wieku wciąż emanuje od pana Antczaka. Bo kiedy mówi o tamtejszych czasach, o organizowaniu szkoły, o ofiarności rodziców, podkreśla, że był to obowiązek Polaka i obywatela. "Obowiązek", "służba społeczna", "dobro kraju", jakże rzadko myśli się teraz takimi kategoriami.
- Obserwuje się teraz na wsi duży niepokój, troskę o to co się dzieje w kraju - dodaje pan Leon. - To co koniecznie chciałbym ocalić to godność trudu rolników, ogromną siłę wewnętrzną umiłowania ziemi, bo ziemia to fundament wszystkiego. A tymczasem polityka rolna jest niestabilna, brak zdrowej relacji między cenami żywca, zboża i narzędziami pracy. Jako stary ludowiec ubolewam, że choć ZSL liczebnie dominuje na wsi, to o jej najważniejszych sprawach decydują inni.
 | | Na stacji Izbica-wąskotorowa daremnie czekaliśmy na pociąg, pomimo że rozkładowy czas przyjazdu dawno minął; kiedyś było to nie do pomyślenia. |
Przemierzamy izbickie szlaki. Na dworcu kolejki wąskotorowej starszy pan prowadzący woła za nami: Dzień dobry panie profesorze. To Jan Stępiński, dawny naczelnik stacji, dziś już emeryt.
- Dzień dobry, co słychać? - pyta profesor.
- Jadę po węgiel.
- A co nie ma węgla? W Sejmie mówią, że jest dużo.
- Owszem, jest, ale za ile i jaki! 30 proc. to kamienie. A pan wie, że jak chłop nie kupi węgla (a nie kupi bo za drogi) to nie będzie mógł parować karmy dla świń i nie będzie mięsa.
Dawny naczelnik stacji ma cała litanię spraw, które go denerwują, jak choćby zlikwidowanie platformy na stacji, na której ładowano do wagonów co roku 30-40 tys. ton buraków, przewożono bardzo tanio ciuchcią opalaną miałem, a teraz robi się to ciężarówkami, a przecież benzyna jest droga. Zbudowano gospodę, w której są zatrudnione 22 osoby i oczywiście musi być deficyt, a dawniej w restauracji pana Kopczyńskiego 4 osoby załatwiały wszystko. Kuchnia była lepsza, a Kopczyński zarabiał, a nie dopłacał.
Czekaliśmy na kolejkę, która chcielibyśmy sfotografować, ale niestety nie zjawia się, choć dawno już powinna być. - Za moich czasów - mówi pan Stępiński - było to nie do pomyślenia! Jeździła wolno, ale punktualnie. I jakby dla potwierdzenia tego opowiada anegdotę o konduktorze miejscowej kolejki, który siedząc na schodach wolno toczącego się pociągu zobaczył pędzącą kobietę, której zaproponował podwiezienie. Ale ta odpowiedziała, że nie może jechać kolejką, bo bardzo się jej śpieszy.
Nam też się śpieszy, zwłaszcza, że czeka nas podejście na strome wzniesienie, z którego roztacza się widok na Izbicę. Kiedyś na zboczu był cmentarz żydowski, a na szczycie stało 5 wiatraków. Na wzgórzu pod wiatrakami profesor spędzał wiele godzin z podręcznikami i skryptami przygotowując się do egzaminów na Uniwersytecie Warszawskim. Dzięki bowiem życzliwości prof. Władysława Tatarkiewicza mógł studiować, dojeżdżając co tydzień z Izbicy. Studiów zaocznych wtedy nie było i takie dojazdy, przypomnijmy 200 km, na łebka, pociągami towarowymi, to była nie lada wyprawa. W dole na pierwszym planie widać stary ewangelicki kościół, w którym przed laty - gdy przez krótki czas kościół pełnił rolę kaplicy gimnazjalnej - wisiał obraz przedstawiający Matkę Boską i św. Stanisława Kostkę, namalowany przez młodego nauczyciela, Mikołaja Kozakiewicza. ("Był to na pewno marny obraz, ale lepszego nie było" - mówi z uśmiechem.)
Schodząc w dół przechodzimy obok budynku obecnego liceum, podchodzimy do budynku dawnej "pastorówki", w której dziś jest bank, a kiedyś znajdowało się gimnazjum profesora Kozakiewicza.
Kiedy wybuchła wojna miał 16 lat, okres wojenny to pierwsze lata spędzone w Wilnie, potem 3 lata okupacji hitlerowskiej, które spędził na Zachodzie wywieziony na roboty, potem był we Francji i we Włoszech. O jego życiu w tych latach decydowała historia. Kiedy wrócił do Wilna, a repatriowany podjął pracę w Izbicy, rozpoczął się ten okres w jego życiu, w którym sam zaczął o sobie decydować. Na Kujawach zjawił się na 2 miesiące przed zakończeniem wojny. Pracę w Topólce rozpoczął 1 maja 1945 r. na tydzień przed kapitulacją Niemiec. Praca nauczycielska dawała wtedy gwarancję, że nie pójdzie do wojska. - Był to okres kiedy zostałem poddany ogniowej próbie samodzielności. To się pamięta. Wtedy uczyłem się sam i uczyłem innych. I to jest kapitał z którego do dzisiaj korzystam. Potem kiedy pod koniec 1951 roku wylądowałem w Warszawie, nigdy już nie byłem tak blisko rzeczywistości, prawdziwej Polski, to znaczy Polski prowincjonalnej, bo Polska jest w 90 procentach prowincjonalna.
Mimo, że pan Stępiński zniechęcał nas do izbickiej gospody, zjawiliśmy się w niej na obiad, który okazał się smaczny, mimo że "pracowały" nań 22 osoby. Szczególnie zbawienne okazało się zimne eksportowe piwo poznańskie, przy którym jak wiadomo bardzo dobrze się rozmawia. Jest więc okazja by po całodziennym spacerze po Izbicy spojrzeć na tamte 6 lat profesora z pewnego dystansu, z dzisiejszej perspektywy - uczonego, posła na Sejm, autora wielu książek, publicysty, działacza, wychowawcy. Był to dla profesora okres, kiedy jak mówi, robił cos namacalnie pożytecznego. Można się tylko bowiem łudzić, że kiedy pisze się książki, robi badania, operuje słowami, to od tego czegoś przybywa.
 | | Przyjaźń z Leonem Antczakiem, ludowcem-społecznikiem, przetrwała próbę czasu. Każde spotkanie z profesorem nacechowane jest ogromną serdecznością. |
- Kiedy zbudowaliśmy gimnazjum, kiedy wydawaliśmy pierwsze matury, kiedy po raz pierwszy w historii tej miejscowości młodzi poszli na studia, kiedy stworzyliśmy orkiestrę, teatr, drużyny harcerskie - to było coś namacalnego. To było autentyczne działanie. Tu się wtedy odbywała prawdziwa rewolucja. Bo przecież pokaźna cześć chłopów była analfabetami. Rolnicy byli wdzięczni za naukę czytania i pisania, uczenia abecadła historii. Mieliśmy też uznanie nowych władz, mimo, że kursy te prowadzili według ówczesnych kryteriów "wrogowie ludu". Był więc pan, który przed wojną był sędzią sądu apelacyjnego, była pani majorowa, żona sanacyjnego "kapitalistycznego" majora, był docent Wysłouch, była córka "sanacyjnego kapitana", który jeszcze nie wrócił z oflagu. Wtedy też wspólnie uczyliśmy się czegoś niezwykle ważnego - jak powstaje nowa władza. Ludzie mieli jeszcze wtedy zdolność do tolerowania innych poglądów i postaw, nie było jeszcze monopolu sztucznego nacisku jednej ideologii.
Tu również w 1947 roku znalazł się profesor w szeregu ZSL, bo po prostu cała rada pedagogiczna, naciskana przez władze, żeby "zadeklarować się" przed wyborami, na zasadzie uchwały wstąpiła do tej partii, której członkowie założyli i utrzymywali gimnazjum. I powstały takie paradoksy, że niektóre koleżanki profesora były w ZSL, a ich mężowie, którzy pracowali gdzie indziej należeli do PPR lub PPS. Ówcześni wychowankowie profesora to była, jak stwierdza, wyjątkowa młodzież, która przed wojną nie miała dostępu do szkół, a teraz ujrzała przed sobą szanse ogromnego awansu. Zdolny, niezdolny, każdy uczył się jak szatan z zaciśniętymi zębami. Wszyscy wierzyli Asnykowi, że "nauka to potęgi klucz".
Pytam profesora, czy mimo że przestał być nauczycielem w dosłownym tego słowa znaczeniu, swoją działalnością stara się oddziaływać na innych. - Jeśli odpowiednio szeroko pojmować działalność wychowawczą, to ja nic innego nie robię. Może to zabrzmieć zarozumiale, ale staram się oddziaływać "wychowawczo" na władze przez to, że mówię im prawdę, krytykuję, wytykam błędy. Tylko że władza, podobnie jak niektórzy uczniowie, z oporami przyjmuje uwagi pod swoim adresem. Moja działalność polega na popularyzacji i obronie pewnych wartości, a wychowanie jest przecież propozycją określonych wartości, wpływaniem na wybór wartości przez rozumne oddziaływanie, a nie tresurę i przymus. - Jakie to są wartości? Myślę, że najważniejsze jest w życiu znać wszystkie warianty życia godziwego, szczęśliwego, twórczego, mieć swobodę ich wyboru i możliwość życia zgodnego z dokonanym wyborem. Niby proste a jakże trudne. Ludzie są nieszczęśliwi albo dlatego, że nie znają tych wszystkich możliwości jakie im życie stwarza i idą wąską udeptaną ścieżką skazani na rutynę, bezmyślność lub cudze polecenia, albo znają możliwości, ale nie mogą się zdecydować, miotają się od wyboru do wyboru lub też wreszcie wybiorą, ale nie mają sił lub warunków, by to zrealizować. Gdyby we wszystkich dziedzinach życia istniał harmonijny związek między tymi elementami, to byłoby to optimum i ja o to zabiegam i w zakresie polityki, ekonomii i w innych dziedzinach życia zbiorowego i indywidualnego. - Niektórzy nazywają to "zgniłym liberalizmem". - Pewnie tak. Ja nazywam to wolnością i demokracją. Przyznaje ludziom prawo do ustalenia własnych wartości, dopóki realizacja tych wartości nie odbywa się kosztem innych ludzi i kosztem zbiorowości, takich jak społeczeństwo, naród, państwo. - Nie da się ukryć, że taki program z góry zakłada, że jego autor nie zawsze "jest na czasie". - Godząc się na wybór zawodu polegającego na publicznym głoszeniu poglądów muszę się godzić i na to, że wielu pobudzę do sprzeczności, nawet potępienia. Podstawowym obowiązkiem intelektualistów jest obrona prawdy i głoszenie jej tak jak ją rozumieją. Jeśli człowiek się temu sprzeniewierzy, daje się zastraszyć lub skorumpować, to jaki z niego intelektualista? Nie przesadzajmy z ryzykiem. Co może stracić? Najwyżej pewne wygody, bo przecież nie zostanie rozstrzelany, może zostać pominięty w awansie, przy rozdziale nagród, odznaczeń, może nie dostać asygnaty na samochód itp. Jeśli pod naporem tych i podobnych czynników ugina się lub zamyka usta, to w moim przekonaniu nie jest intelektualistą, choćby publikował co pół roku książkę. Mamy sporo takich. - A może to jest raczej kwestia sumienia a nie przynależności do tej czy innej grupy społecznej? - Tak, ale sumienie ma także robotnik czy chłop, ale on nie ma obowiązku formułowania prawd i ich publicznej obrony. On ma obowiązek uczciwie pracować i za to domagać się godziwego traktowania i wynagrodzenia. Nieszczęście polega na tym, że u nas większość odnowy odbywa się w warstwie dyskusji inteligentów dzierżących władzę z opozycyjnymi i prorządowymi intelektualistami. Tymczasem intelektualiści mają różne walory, ale jeden minus - nie wytwarzają dóbr materialnych, produkują w najlepszym wypadku idee, a tymczasem kraj się wali nie z powodu braku idei, lecz z powodu braku dóbr, porządnej organizacji. I dopóki nie da się priorytetu tym organizacjom i ruchom, które stawiają sobie za cel racjonalizację gospodarki, a będziemy tworzyli wyłącznie kluby dyskusyjne, to nic się nie zmieni. - Co zatem zdaniem pana jest dzisiaj najważniejsze dla Polski? - Mogę odpowiedzieć zupełnie ogólnie cytatem z generała Wojciecha Jaruzelskiego, który w 1987 roku powiedział, że nie chodzi o to żeby mnożyć jak najwięcej radykalnych wypowiedzi, deklaracji, chodzi o to, żeby mnożyć radykalne rozwiązania i wykonania. Jak dotąd niczyje działania, ani strony rządowej, ani opozycji, nie owocują widocznymi dokonaniami. Postęp jest zbyt powolny. Jeśli się rzuca ziarno w glebę to oczywiście pięknego drzewa można się spodziewać za 50 lat, ale kiełki muszą być widoczne już po paru tygodniach. A tymczasem wiele rzeczy w ogóle nie kiełkuje.
 | | W dawnej pastorówce mieściło się gimnazjum profesora Kozakiewicza. Dziś budynek ten zajmuje miejscowy bank. |
Przed paroma laty w 40-lecie izbickiego gimnazjum profesor spotkał się z wychowankami, czasem spotyka się z nimi w Warszawie. Zawsze witają się z nim serdecznie, ale mają jednak pretensje, że wychował ich na idealistów, że oni uwierzyli, że są ludzie dobrzy, że socjalizm jest ideą wzniosłą, a teraz pod naciskiem różnych doświadczeń wysyłają pod adresem profesora zarzut: pan nas oszukał. Jest rzeczą paradoksalną - zauważa profesor - że ci, którzy mają największe pretensje do ustroju to ci, którzy najwięcej w tym ustroju zyskali. - Ciekawe jest, że pretensje o rozczarowania socjalizmem kierują właśnie pod moim adresem, choć nigdy nie byłem bezkrytycznym entuzjastą realnego socjalizmu. Socjalizm jest piękną teorią, ale nigdzie na świecie nie udało się jej w pełni wcielić w życie. Jako ideał socjalizm nie przeżył. Zbankrutowała praktyka. - Ale czy ta reakcja pana byłych uczniów nie jest dla pana źródłem gorzkich refleksji? Pana ideały wychowawcze poniosły fiasko. - Nie to nie kompromituje wartości, to kompromituje sposób ich realizacji. Bo oni uważali, że przez pierwszych 15 lat żyli w taki sposób jak ich uczyłem. To nie ja ich oszukałem, lecz rzeczywistość. A przecież wartości, które zostały zdradzone, nie przestają być wartościami. Mój przyjaciel, jezuita, powiada, że gdyby żaden człowiek na świecie nie przestrzegał jakiejś normy moralnej, to norma ta jego zdaniem i tak byłaby ważna. I coś podobnego jest w moim rozumowaniu. Z tych trzech elementów, o których mówiłem - wiedzy o wartościach, możliwości wyboru i warunków realizacji - nawalił trzeci element, to znaczy załamały się warunki do życia zgodnego z tymi wartościami. Krytyka socjalizmu jaką się przeprowadza nie jest krytyką z punktu widzenia błędności zawartych w nim wartości, tylko z punktu widzenia odstępstwa w praktyce od wartości zawartych w socjalizmie.
- Samoocena własnego życia jest zawsze inna od oceny dokonywanej przez świadków. Ja nie mam poczucia, żebym zrobił jakąkolwiek karierę, zwłaszcza że to co się najczęściej uważa za wskaźnik kariery czyli ilość przebytych szczebli hierarchii, już na wstępie odcinałem. Miałem w życiu wiele propozycji awansu hierarchicznego, ale nigdy mnie one nie interesowały. Gdybym miał określić swój sukces to sądzę, że polega on na tym, że udało mi się mimo wszystkich przeszkód żyć tak jak chciałem, zajmować się tym czym chciałem i że nie dałem się zastraszyć ani skorumpować w imię sukcesu. Wielu się to nie udało, wielu pozwoliło podporządkować swoje myślenie i działanie. Ja mogłem popełniać błędy, jak np. z przystąpieniem do PRON-u, który został zaprzepaszczony jako jeszcze jedna forma możliwej aktywizacji społecznej, ale uznawszy swój błąd wycofałem się, miałem odwagę publicznie odejść. Mimo wszystko jestem jednak optymistą i mam nadzieję. Tyle tylko, że staram się swoim postępowaniem udowodnić, że nie wystarczy mieć nadzieję, trzeba coś robić, nawet popełniać błędy, ale nie poprzestawać na poszukiwaniach.
Spędziliśmy w Izbicy ledwie kilkanaście godzin, w czasie których trudno jest dotrzeć do korzeni człowieka, źródła jego postaw i systemów wartości. Myślę, że ten powrót profesora do miejsca jego pierwszych samodzielnych doświadczeń życiowych potwierdza to, co sam uważa za najważniejsze - ludzie powinni być zawsze oceniani przez skutki jakie ich życie wywołuje w ich bliższym i dalszym otoczeniu.
KAZIMIERZ TARGOSZ
|